Media przychylne PiS nie wykorzystały Legend Solidarności

Internauci się śmieją: TVP zaliczyła wpadkę i wydało się, że wykorzystano politycznie byłych działaczy Solidarności. Problem w tym, że to nieprawda.

Portal Niezależna.pl opublikował wczoraj list Legend Solidarności do posłów Porozumienia. Podpisało się pod nim ponad 70 osób, które były związane z ruchem opozycyjnym z czasów PRL. List miał przekonać członków partii Porozumienie, która wraz z PiS i Solidarną Polską tworzy koalicję Zjednoczonej Prawicy, do poparcia projektu wyborów korespondencyjnych i utrzymania w Sejmie większościowej koalicji. Ma to związek z zakulisowymi działaniami posła Jarosława Gowina, który zapowiada możliwość zablokowania legislatywy forsowanej przez ludzi Jarosława Kaczyńskiego, a może nawet opuszczenia przez Porozumienie rządu i koalicji.

Pod listem podpisał się między innymi Andrzej Gwiazda, wiceprzewodniczący strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. Prezenter Michał Rachoń zaprosił Gwiazdę i jego żonę do udziału w jednym z programów na antenie TVP Info, którego tematem miał być właśnie list Legend Solidarności. W trakcie rozmowy były opozycjonista wypowiedział słowa, które wywołały prawdziwą burzę w internecie.

Bo to jest prawdziwy tekst, doskonale oddaje sytuację, również oddaje nasze poglądy. No, po prostu chwała Bogu napisaliście ten tekst za nas, to jest bardzo sympatyczne, że są ludzie, którzy potrafią napisać tekst który uznajemy za swój.

Gwiazda nie sprecyzował, kto konkretnie sporządził list. Pomimo to, pojawiła się w internecie narracja, że musiał on zostać napisany przez pracowników Telewizji Publicznej, a ponadto ludzie zasłużeni w historii Polski zostali wykorzystani do rozgrywek wewnątrzpartyjnych. Fragment programu, w którym padła powyższa wypowiedź, stał się obiektem drwin i ataków. Jeśli jednak przeanalizujemy sprawę na chłodno, to nasuwają się zgoła odmienne, poważne wnioski.

Po pierwsze, budowanie narracji jakoby to ludzie TVP byli prawdziwymi autorami listu jest potencjalną dezinformacją. Wypowiedź Andrzeja Gwiazdy niekoniecznie musiała być skierowana do prowadzącego program Michała Rachonia i jego współpracowników. Zwłaszcza, że list został opublikowany pierwotnie przez inną redakcję. Nie może być też mowy o wykorzystywaniu byłych opozycjonistów w sytuacji, w której są – jak zdaje się sugerować Gwiazda – zadowoleni z treści, którą dobrowolnie podpisali. Poza tym kwestia autorstwa odciąga uwagę widzów i czytelników od meritum sprawy.

Głównym czynnikiem, który należy rozważyć w kontekście listu Legend Solidarności nie jest autorstwo, ani nawet szczegółowa treść. Powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na kontekst historyczny i filozofię polityczną, które łączą byłych opozycjonistów z obecną partią rządzącą. PiS od lat buduje mit „dobrej” i „złej” Solidarności. Ta „dobra” jest skupiona wokół takich postaci jak Lech Kaczyński, Kornel Morawiecki czy Andrzej Gwiazda. Natomiast rola innych postaci, takich jak Lech Wałęsa, jest umniejszana. „Zła” Solidarność miała bowiem dopuścić do objęcia przez III RP fatalnego kursu, który sprowadził na Polskę szereg nieszczęść. PiS, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, dąży do naprawienia tych błędów, w tym również poprzez sprzeczny z faktami rewizjonizm historyczny. Wynika to z potrzeby realizacji założeń i ideałów, które w okresie porewolucyjnym miały zostać zapomniane i zdradzone. Nowe elity zawiązały postkomunistyczne konszachty, które były sprzeczne z wolą i interesem Narodu.

Ucieleśnieniem tej zdrady ma być droga polityczna obrana przez tzw. układ. Prywatyzacja jest uznawana za wyprzedaż majątku narodowego, współpraca polityczno-gospodarcza z największym partnerem handlowym, jakim są Niemcy, jest serwilizmem, a przynależność do Unii Europejskiej stanowi transformację z państwa satelickiego Moskwy na niemalże lennika brukselskich biurokratów, nad którymi cichą kontrolę sprawuje oczywiście Berlin.

PiS, aby to zmienić, podejmuje określone działania polityczne. Zwiększa się zakres renacjonalizacji gospodarki. Na szeroką skalę rozbudowywana jest polityka socjalna. Demontowany jest (i tak wyjątkowo słaby w naszym porządku prawnym) trójpodział władzy. Transfery personalne pomiędzy parlamentem, rządem i sądownictwem są dziś na porządku dziennym. Zmniejsza się przez to niezależność wymiaru sprawiedliwości.

Jednym z haseł, które Jarosław Kaczyński i jego wierni członkowie partii podnosili, gdy przejmowali władzę w 2015 roku, było tzw. przełamanie „imposybilizmu”. Poprzednie rządy, w szczególności PO-PSL (2007-2015) mają być winne odmawiania reform, o które zabiega Naród. A zatem, jeśli np. były premier Donald Tusk mówił, że realizacja pewnych postulatów nie jest możliwa ze względu na ograniczenia konstytucyjne lub budżetowe, to dla PiS i jego zwolenników był to właśnie „imposybilizm”. Wola Narodu jest bowiem ważniejsza niż jakiekolwiek prawne czy finansowe ograniczenia. Wedle tej koncepcji rząd jest powołany również po to, aby tego typu przeszkody usuwać, jeśli tylko przeszkadzają w realizacji działań korzystnych dla interesu narodowego.

Przełamanie „imposybilizmu” nie jest możliwe, jeśli w każdej chwili wisi nad rządem widmo ograniczeń ze strony niezależnego sądownictwa, które ma wspierać „imposybilizm” jako część układu. To dlatego od pierwszych dni powołania rządu Beaty Szydło, aż po aktualny rząd Mateusza Morawieckiego, trwają w obozie Zjednoczonej Prawicy intensywne starania o ograniczenie roli kontrolnej wymiaru sprawiedliwości, w szczególności Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego. Ten demontaż niezależnego sądownictwa jest już na tyle zaawansowany, że w kontekście organizacji najpewniej niezgodnych z Konstytucją, prezydenckich wyborów korespondencyjnych nie można już liczyć na wsparcie TK, które mogłoby zakwestionować tworzone dziś naprędce przepisy.

„Imposybilizm” ograniczał jednak przez ponad 25 lat najważniejszy postulat, który jest równie bliski Andrzejowi Gwieździe i pozostałym sygnatariuszom listu do Porozumienia, co samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. To postulat realizacji filozofii politycznej, która stanowi krystaliczną kartę historii byłych opozycjonistów z Solidarności. Filozofii, która została perfekcyjnie wyłożona w słynnych 21 postulatach z 17 sierpnia 1980 roku. Nikt bowiem nie zabiegał wtedy o upadek realnego socjalizmu. Nikt nie wzywał do wolnorynkowych reform. Nikt nie postulował prywatyzacji. Opozycjonistom i robotnikom nie zależało na tym, aby w Polsce budować dziki kapitalizm. Dążyli do przeobrażenia komunistycznego systemu w „socjalizm z ludzką twarzą” na wzór reform proponowanych przez czechosłowackiego komunistę Alexandra Dubčeka. System antykomunistyczny lecz wciąż socjalistyczny z nielicznymi elementami gospodarki rynkowej. Jarosław Kaczyński odrestaurował te dążenia i tęsknoty. Próbuje zbudować system, który będzie wreszcie odzwierciedlał postulaty i marzenia rewolucjonistów.

Właśnie dlatego list Legend Solidarności nie jest wykorzystywaniem emerytowanych działaczy opozycji antykomunistycznej. To wyraz naturalnej zbieżności interesów politycznych. Po ponad 30 latach od sukcesu Solidarności, Andrzej Gwiazda wreszcie może dostrzec upragnione owoce rewolucji. Troskliwe państwo, które opiekuje się obywatelem, chroni go przed realiami brutalnego rynku poprzez tworzenie osłon i programów wsparcia. Państwo, które pielęgnuje polskość (renacjonalizacja) i dba o prawa pracowników (niedziele niehandlowe, PKK, obniżenie wieku emerytalnego). Wreszcie państwo, które w przeciwieństwie do postkomunistycznego układu nie okrada Narodu, a zamiast tego dba o jego dobrobyt i przyszłość (danina solidarnościowa, program 500+, 13. emerytura). Jesteśmy dziś świadkami budowy nowego, wspaniałego świata, który wymyśliła sobie 40 lat temu „ta dobra” Solidarność.