Życie liberalnego introwertyka w czasach zarazy

Pandemia, dzień 41.

Koronawirus utrudnił życie wszystkim. Miliony osób zachorowało, setki tysięcy zmarło. Wielu ludzi straciło pracę. Upadają firmy. W tej perspektywie wypada się tylko cieszyć, że mogę pracować bez wychodzenia z domu. Niepewność związana z nową, potencjalnie śmiertelną chorobą była na początku olbrzymia. Gdy jednak okazało się, że nie będę musiał jeździć codziennie do biura i zapoznałem się z listą koniecznych środków ostrożności to szybko zorientowałem się, że przystosowanie się do nowej sytuacji nie będzie dla mnie aż tak trudne.

Jestem introwertykiem, czyli osobą, która woli spędzać czas „sama ze sobą” lub wąskim gronem znajomych niż rzucać się w wir copiątkowego życia towarzyskiego. Ograniczanie bezpośrednich kontaktów międzyludzkich to najmniejsze z wyzwań, jakie rzucił mi czas zarazy. Nie jest tak, że nie brakuje mi tych kontaktów. Z wielką chęcią odwiedziłbym rodzinę i przyjaciół. Nie mam jednak problemu z tym, aby sobie takie spotkania odpuścić. W końcu mamy XXI wiek i w każdej chwili można do kogoś zadzwonić i porozmawiać. Oczywiście, że przyjemniej byłoby usiąść razem przy stole, pojeść, napić się i pośmiać z bzdur. Lecz jeszcze przed pandemią nauczyłem się, że zawsze można umówić się na zdalne piwo z kumplem, który mieszka setki kilometrów ode mnie, a nawet zorganizować… sylwestra (to właściwie jedyna opcja, gdy się zgłaszasz na dyżur w pracy w Nowy Rok i nie możesz wyjechać z miasta). Także mam ten scenariusz przećwiczony. W dobrym, inteligentnym towarzystwie zabawa gwarantowana.

Z czasem strach przed wirusem zaczął we mnie maleć pomimo galopujących statystyk zachorowań. Ale nie dlatego, że przywykłem do nowej sytuacji. Zaczęła we mnie narastać tzw. niepewność reżimowa. Czyli brak zaufania do bieżących i przyszłych działań rządu.

Niestety, ale większość państw na świecie poniosła sromotną porażkę w obliczu zagrożenia pandemią. Okazuje się, że w szczególności rządy europejskie nie przygotowały żadnych planów działania na wypadek takiej sytuacji jak obecna. Niektórzy twierdzą, że jest tak, gdyż COVID-19 to tzw. czarny łabędź, czyli zdarzenie jednostkowe, totalnie nieprzewidywalne. Problem tkwi w tym, że specjaliści od lat przestrzegali przed takim scenariuszem, jaki przerabiamy obecnie. Politycy jednak to lekceważyli, tak jakby ktoś przedstawiał im scenariusz filmu science-fiction, a wielkie epidemie nigdy się nie zdarzały w historii ludzkości.

Z powodu braku planu nasz rząd zaczął wdrażać kolejne pakiety ograniczeń wolności osobistych i gospodarczych. I to spowodowało, że zacząłem żyć w nieustannym napięciu. Nie ma dnia, abym nie przeglądał kompulsywnie internetu w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń dla mnie i moich bliskich ze strony władz. Szybko stało się jasne, że nastąpiły istotne ograniczenia w dostępie do podstawowej opieki zdrowotnej. A zatem systemu państwowego. Efekt był taki, że gdy wreszcie udało mi się uzyskać teleporadę, skończyło się to zwolnieniem lekarskim. Gdybym uzyskał poradę w pierwotnie planowanym terminie, być może udałoby się tego uniknąć.

Wielką niepewnością została obarczona również kwestia finansów osobistych. W związku z nadciągającym kryzysem gospodarczym i ryzykiem wzrostu inflacji, które zwiększa się w wyniku działań polskich władz, martwię się, że to, co udało mi się wypracować w ciągu ostatnich lat straci na wartości. Kolejne posunięcia rządu są na tyle chaotyczne i – z powodu nadmiernych wydatków budżetowych – nastawione na konieczność pozyskiwania nowych funduszy, że obawiam się możliwości wprowadzenia nowych podatków. A kto wie, czy w obliczu ryzyka niewypłacalności państwa ktoś nie wpadnie na pomysł konfiskaty oszczędności i majątku. Po obecnym rządzie można się spodziewać wszystkiego. Wiele razy już słyszeliśmy, że do pewnych rzeczy PiS się nie posunie, by potem obserwować jak niemożliwe staje się rzeczywistością.

Ta niepewność nie jest jednak tym, co najbardziej mnie boli w obecnej sytuacji. Najcięższa do zniesienia jest utrata wolności.

Tak jak wcześniej wspomniałem, narzucenie sobie rygorów bezpieczeństwa z powodu pandemii nie jest dla mnie kłopotliwe. Gdy jednak te rygory zostały wszystkim narzucone przez rząd – i to w stopniu znacznie przekraczającym granice rozsądku, pod groźbą drakońskich kar – poczułem się obdarty z największej wartości mojego życia jaką jest wolność. Myśl o tym, że ktoś może zechcieć mnie czy kogokolwiek innego ukarać za np. wyjście do parku stanowi dla mnie ogromny ciężar psychiczny. Przeszkadza mi to bardziej niż siedzenie w domu 24/7. Odebranie wolności, nawet wtedy, gdy z powodu zagrożenia z tych wolności i tak bym nie skorzystał, jest dla mnie czerwoną linią.

Zobrazuję to na przykładzie. Przyjaciele zaproponowali, abym zajrzał do nich w Wielkanoc. Ze względu na nasze wspólne bezpieczeństwo grzecznie podziękowałem za zaproszenie. Gdyby to była wyłącznie decyzja związana z obawą przed zachorowaniem, nie czułbym się z tym źle. Jednakże to, że rząd uczynił taką wizytę nielegalną sprawiło, że odebrano mi wolność podjęcia tej decyzji. Zabrano mi coś bardzo istotnego. Zwłaszcza, że kieruje się w życiu wolnościową etyką i filozofią.

Rządy na całym świecie od lat odbierają nam część naszych wolności, które w ramach tzw. umowy społecznej mamy oddawać po to, aby państwo mogło się nami zaopiekować, zapewnić nam bezpieczeństwo. Restrykcje wprowadzone z powodu pandemii, głównie poprzez ich nagłe pojawienie się i skalę, sprawiły, że wcale nie czuję, aby roztoczono nad nami opiekę. Wręcz przeciwnie, mam poczucie zagrożenia ze strony państwa i jego agencji – zagrożenia bezpowrotnej utraty wolności.