Koronawirus || Jak trwoga to do państwa?

W czasach zarazy wolność jest traktowana jak produkt o krótkiej dacie ważności. Rządy na całym świecie wprowadzają ograniczenia, na które jeszcze kilka miesięcy temu nie uzyskałyby przyzwolenia społecznego. Czy wobec zagrożenia epidemiologicznego liberalizm i libertarianizm pozostają bezradne? Czy tylko interwencjonizm państwowy może nas ocalić?

Jeszcze niedawno powyższe pytania zostałyby uznane przez wielu wolnościowców za tzw. pytania graniczne. Case ekstremalny, nad którym nie warto się pochylać. Gdy jednak eksperyment myślowy stał się rzeczywistością, odkrywamy, że nie mamy wypracowanej żadnej odpowiedzi.

Odpowiedź mają natomiast wszyscy ci, którzy popierają idee antywolnościowe. Dla nich kryzys to czas ideologicznej prosperity i wprowadzania w życie antyliberalnych rozwiązań – rozwiązań, które zbierają poklask również wśród liberałów. Trzeba bowiem otwarcie przyznać, że w sytuacji, w której się znajdujemy, interwencja państwowa jest konieczna. Jednakże nie wynika to z tego, że w obliczu pandemii tylko państwo może podołać zagrożeniu. Znaleźliśmy się po prostu w sytuacji bez wyjścia.

Większość systemów służby zdrowia i ubezpieczeń medycznych na świecie jest mniej lub bardziej regulowanych przez państwo z planowaniem centralnym włącznie. Tak, dobrze czytacie – m. in. w Polsce służba zdrowia podlega w znacznej części centralnemu planowaniu. Sytuacja, w której rząd odpowiada zarówno za ubezpieczenia zdrowotne, jak i placówki medyczne sprawia, że nasz system opieki zdrowotnej podlega tym mechanizmom. Sytuacji nie łagodzi nawet to, że pozostają legalne prywatne usługi i ubezpieczenia medyczne.

Pomimo rosnącego rynku prywatnego, państwo ma dominującą pozycję w sektorze medycznym. Dla większości Polek i Polaków świadczenia „na NFZ” to jedyna dostępna i mocno reglamentowana opcja. Jeszcze zanim ktokolwiek usłyszał o „wirusie z Wuhan”, polska służba zdrowia znajdowała się już w głębokim kryzysie. Zamykane oddziały, brak lekarzy, długie terminy oczekiwania na zabiegi, permanentne niedoinwestowanie. Ograniczona liczba testów na COVID-19 jest oczywistą konsekwencją.

Dziś ta mocno kulawa służba zdrowia musi sobie radzić z wyzwaniem, które znacząco przekracza jej możliwości. Lekarze, którzy jeszcze przed kryzysem pracowali po 80 czy nawet 100 godzin tygodniowo, dziś stoją w obliczu balansowania na pograniczu heroizmu i głupoty. Niemal dwudniowe dyżury stają się koniecznością. A wszystko to w zamian za niekonkurencyjne stawki.

Kto ponosi za to winę? Jedynym oskarżonym może być państwo – to samo państwo, do którego ludzie zwracają się teraz w zaufaniu o pomoc w obliczu zagrożenia. Desperacja i naiwność sprawiają, że łatwo jest mieć przekonanie o tym, że ci sami ludzie, którzy doprowadzili nas do kryzysu, są w stanie temu kryzysowi gładko zaradzić. I owszem, zaradzą, ale olbrzymim kosztem, którego można by było uniknąć.

Obecnie trwa debata na temat najskuteczniejszego sposobu na walkę z pandemią. Każde państwo stosuje własne metody. Nie ma chyba dwóch rządów, które podjęłyby dokładnie te same działania. W zależności od wydolności budżetu państwowego i kondycji służby zdrowia, taktyka działań przeciw koronawirusowi przybiera często odmienne kierunki.

Przykładem totalnej odmienności jest rząd Wielkiej Brytanii, który po konsultacjach z krajowymi specjalistami zadecydował, że nie będzie robić nic pochopnego. Niestety nie wiem na ile skuteczna pod względem medycznym jest strategia budowania zbiorowej odporności. To powinien być przedmiot debaty dla ekspertów w dziedzinie. Jednakże pod względem polityczno-gospodarczym, Boris Johnson opowiedział się wyraźnie po stronie liberalizmu i wolnego rynku.

W brytyjskim podejściu istnieje jednak potężna rysa. Państwowa służba zdrowia. Sam Johnson i jego eksperci zdają sobie z tego sprawę. Dlatego ich plan obejmuje nieuniknione – wprowadzenie silnego interwencjonizmu w momencie, gdy publiczny system opieki zdrowotnej zostanie przeciążony.

Projekt publicznej służby zdrowia to porażka państwa. W tym momencie jest jednak za późno na to, aby powiedzieć państwu: „Nie wtrącajcie się!”. Rynek nie będzie w stanie skorygować błędów systemu państwowego z dnia na dzień. Wciąż może jednak pomóc, udowadniając. że państwo nie jest potrzebne – nawet w dobie kryzysu (a wręcz zwłaszcza wtedy).

I już to robi. Niezmiernie fascynujący jest bowiem fakt, że pomimo masowego wykupywania żywności przez konsumentów, nie grożą nam braki. Co prawda były takie miejsca i dni, gdy można było zastać puste półki w sklepach, ale nie przynosi to ryzyka, że taka sytuacja będzie trwała i grozi nam scenariusz wenezuelski. Wręcz przeciwnie – magazyny są pełne i jedynym problemem jest to, że łańcuch dostaw nie jest w stanie nadążyć za nagłym wzrostem popytu. Gdyby ten sektor podlegał większym niż obecnie regulacjom – lub nawet centralnemu planowaniu – to rzeczywiście moglibyśmy się obawiać, że w najbliższych dniach i tygodniach grozi nam głód. Na szczęście jednak możemy korzystać z efektów jakie niesie konkurencja rynkowa.

Natomiast wszędzie tam, gdzie regulacji i interwencji podejmują się państwa istnieje zagrożenie. Największym ryzykiem objęte są dziś rynki farmakologiczne i wyrobów medycznych. Większość państw postawiła w tych sektorach na brutalny interwencjonizm i protekcjonizm. Właściwie został wstrzymany (już i tak mocno regulowany) handel międzynarodowy oraz rozpoczęto walkę ze „spekulantami”. Przy czym jest to sytuacja, w którą państwo wpędziło cały sektor już dawno temu. Dotychczasowe regulacje sprawiły, że na rynku brakuje podstawowych produktów medycznych. Jest to szczególnie uciążliwe dla państwowej służby zdrowia, która ma problem z zaopatrzeniem. Wymuszenie przez premiera Morawieckiego na platformach zajmujących się pośrednictwem w sprzedaży internetowej, aby usunęły ze swoich stron oferty sprzedaży maseczek, jeszcze bardziej ogranicza ich dostępność.

***

W tym miejscu warto uspokoić wszystkich, którzy widzą rzekome zagrożenie w innym z kluczowych sektorów życia gospodarczego. Chodzi o uprawiane przez nieodpowiedzialnych ludzi straszenie scenariuszem cypryjskim. Pomimo wyraźnych zaleceń, aby wobec zagrożenia epidemiologicznego ograniczyć (najlepiej całkowicie) posługiwanie się gotówką, pojawili się mąciwodowie, którzy przekonują, że należy pospiesznie wypłacić gotówkę nim rząd zamknie bankomaty. Być może w niektórych państwach taka rada jest na wagę złota. Jednakże w Polsce nie ma to żadnego uzasadnienia. Nasz kraj jest jednym z najbardziej rozwiniętych w sektorze transakcji bezgotówkowych. Punkty handlowo-usługowe, w których nie można płacić kartą należą dziś do przytłaczającej mniejszości. Biznes bez terminala płatniczego traci po prostu klientów.

Ponadto scenariusz cypryjski zakładał, że ludzie mają się ustawiać w kolejkach do placówek bankowych, aby móc wypłacić minimalną kwotę w gotówce. A wszystko to było spowodowane nałożeniem na Cypryjczyków jednorazowego haraczu od depozytów banków. W przypadku obecnego kryzysu epidemiologicznego, można co najwyżej spodziewać się zamknięcia bankomatów, aby ograniczyć obrót gotówkowy. Zakaz obrotu bezgotówkowego i zmuszanie ludzi do wypłacania niewielkich ilości gotówki w banku są absolutnie sprzeczne z działaniami rządu, który stara się robić wszystko, co tylko może w ramach swoich uprawnień, aby zatrzymać nas w domach i zniechęcić do płacenia gotówką właśnie. A wszystko po to, aby zmniejszyć ryzyko zapaści w publicznej służbie zdrowia. Swoją drogą, premier Morawiecki zdążył już zdementować kwestie wyłączenia bankomatów i możliwości braków gotówki. Nie wykluczam, że zmieni zdanie, ale nie na tyle, aby interwencyjnie zakazać płatności kartą.

I właśnie transakcje bezgotówkowe są kolejnym fascynującym przykładem na działanie rynku. Polska jest jednym z najbardziej liberalnych państw w tym zakresie. Dzięki temu nie musimy się martwić kolejkami do bankomatów, brakami gotówki w związku z rezerwą cząstkową, ani tym że zakazimy się koronawirusem przenoszonym na banknotach i monetach. Wystarczy zabrać z domu kartę płatniczą lub nawet sam telefon, aby szybko i bezpiecznie opłacić cały karton makaronu i pół palety papieru toaletowego.

***

W dobie obecnego kryzysu pojawiło się kilka ciekawych akcji oddolnych bez zachęt ze strony państwa. W mediach społecznościowych furorę robi hashtag #zostanwdomu i #zostajewdomu. Pojawiły się ogłoszenia lokali gastronomicznych, które oferują bezpłatne posiłki dla personelu medycznego. Nagle opcją stał się e-learning czy też konsultacje z psychologiem online. Firmy prywatne dobrowolnie zaoferowały wsparcie finansowe dla publicznej służby zdrowia. Społeczności sąsiedzkie organizują zakupy dla swoich sąsiadów w podeszłym wieku. Niektóre sklepy same wprowadziły reglamentację, aby towaru starczyło dla wszystkich klientów. Inne sklepy (w szczególności małe) wprowadziły ograniczenia liczby osób, które mogą przebywać jednocześnie w sklepie. To pokazuje, że w dobie kryzysu można zawsze liczyć na dobrowolne ludzkie działanie. Gdyby ludzi nie ograniczały bezsensowne przepisy i regulacje, takich akcji mogłoby być więcej. Chociażby w zakresie produkcji maseczek.

Szkoda jednak, że zachęt do ludzkiego działania nie tworzy nasz rząd. O ile dotychczasowe decyzje, takie jak zamknięcie granic, wprowadzenie ograniczeń w handlu czy zamknięcie szkół były po prostu nieuniknione to nadal istnieje spore pole do korzystnej dla wszystkich liberalizacji. Jednym z najciekawszych pomysłów wydaje się być amnestia podatkowa. To mogłoby pomóc wielu firmom przetrwać kryzys i kwarantannę. Cierpi bowiem mnóstwo branż, w których może dojść do spektakularnych upadków, a wraz z nimi do – chyba nieuniknionego – wzrostu bezrobocia. Zwłaszcza, że rząd Zjednoczonej Prawicy rozdał na cele socjalne środki, które miały stanowić zabezpieczenie dla pracodawców i pracowników na właśnie takie kryzysy, z jakim mamy dzisiaj do czynienia. To także pokazuje, że rząd to najgorszy z możliwych partnerów, któremu można powierzyć pieniądze na gorsze czasy. Gdyby firmy mogły same się złożyć na prywatne fundusze tego typu, nikt nie wydał by ich na cele niegodne z przeznaczeniem.

***

Liberałowie mają ważne zadanie obecnie. Muszą przypilnować, aby rząd, który wprowadza tymczasowe regulacje, nie pozostawił ich jako rozwiązania stałe. To historia stara jak świat. Od tak malutkich regulacji tymczasowych jak podwyżka VAT do 23%, której nie zniósł ani inicjujący rząd PO-PSL, ani rząd Zjednoczonej Prawicy, który tą podwyżkę krytykował, aż po wielkie kryzysowe regulacje Roosevelta w dobie Wielkiego Kryzysu, które później nie zostały wycofane i wpisały się na stałe w politykę wewnętrzna USA.

***

Warto jeszcze wrócić do źródeł obecnego kryzysu, czyli do Chin. Kolejne doniesienia mediów wskazują, że rozprzestrzenienia się koronawirusa można byłoby uniknąć, gdyby nie wszechwładza Chińskiej Republiki Ludowej. Dziennikarzom udało się ustalić, że chińscy lekarze wiedzieli o nowym, groźnym patogenie bardzo wcześnie, jednakże władze zakazały im o tym mówić. W ten oto sposób państwowa kontrola społeczna doprowadziła świat do pandemii i walki z chorobą, na którą nie ma ani lekarstwa, ani szczepionki. Jeszcze.


Post Scriptum

Pisząc powyższy tekst, zorientowałem się szybko, że w zwięzłej formie nie byłbym w stanie podjąć wszystkich wątków związanych z dylematem pomiędzy interwencją państwową a wolnym rynkiem w czasach pandemii. Nie jest to więc całościowa analiza, a jedynie zarys problemu (na podstawie bieżącej sytuacji), nad którym liberałowie i libertarianie muszą odbyć pogłębioną debatę. W dyskusjach internetowych dostrzegam bowiem wśród liberałów zagubienie i bezrefleksyjne oddanie pola na rzecz interwencji państwowej, które uważam za bezwarunkową kapitulację. Ruchowi liberalnemu zawsze było trudno walczyć o wolność w czasach kryzysu. Znacznie łatwiej bowiem jest być biernym beneficjentem niż aktywnym pomocnikiem. Pomimo iż ta pierwsza postawa pogłębia jedynie kryzysy.