Logout. Wylogowany

Internet to jeden z najbardziej doniosłych wynalazków ludzkości, a jednocześnie jedno z naszych największych przekleństw.

Gdy budzisz się rano, pierwszym co widzisz jest ekran budzika w smartfonie. Klikasz drzemkę lub wstajesz. Twój poranek to nie tylko prysznic i śniadanie. To również przegląd powiadomień z mediów społecznościowych. W ciągu ostatniej nocy kilkanaście osób kliknęło „Lubię to!” pod Twoim komentarzem na Facebooku. Kolejnych kilkanaście polubiło Twoje ostatnie zdjęcie z filtrem na Instagramie. Twój mózg z samego rana otrzymuje bodźce, dzięki którym czujesz się lepiej. Czy to nie wspaniałe?

W drodze do szkoły, pracy lub na uczelnię słuchasz swojej ulubionej muzyki. Obserwujesz pędzący wokół Ciebie świat niczym w teledysku. Świat jest piękny, a Ty jesteś jego częścią. Te chwile szczęścia nie trwają jednak długo.

Kończą się w momencie, gdy przestępujesz progi swojej szkoły, uczelni czy miejsca pracy. Zdejmujesz słuchawki, wyciszasz dźwięki w smartfonie i zanurzasz się w szarej, nudnej rzeczywistości dnia. W ciągu najbliższych kilku godzin zaznasz parę chwil wytchnienia – ktoś opowie dobry żart, ktoś inny Cię pochwali. Jednak przez większość tego czasu będziesz tkwić w przestrzeni bez ciągłej atencji i aprobaty. Nikt nie da Ci „lajka”, gdy odpowiesz poprawnie na pytanie nauczyciela. Nikt publicznie nie wyrazi aprobaty dla Twojej pisemnej argumentacji podczas ćwiczeń akademickich. W większości miejsc pracy ulubione utwory muzyczne nie pomogą Ci złapać odpowiedniego rytmu. Jesteś Ty, Twoje zadania i ciężar odpowiedzialności za ich wykonanie.

Twój mózg nie jest w stanie tego zaakceptować. Pożąda podróży ku strefie komfortu. Poświęcasz więc każdą wolną chwilę na spełnienie tego życzenia. Wystarczy kilka minut nudnej lekcji, kilka minut monotonnego wykładu, kilka minut bezczynności w pracy. Mimowolnie sięgasz po swój smartfon i otrzymujesz tą odrobinę satysfakcji, której Twoje codzienne obowiązki nie są w stanie Ci dostarczyć. I trwasz tak w oczekiwaniu na możliwość pełnego zanurzenia się w świat, który towarzyszy Ci każdego poranka.

Im młodsze pokolenie, tym bardziej naturalna staje się opisana powyżej rutyna. A czas poświęcany na życie w „realu” i życie w sieci zmienia swoje proporcje. Internet zaczyna przeważać. Według różnych raportów i szacunków, ludzie spędzają średnio od 3 do 11 godzin dziennie w Internecie. Część tego czasu jest poświęcana na pracę i edukację. Ruch sieciowy wskazuje jednak, że większość naszej wirtualnej aktywności jest skierowana ku mediom społecznościowym i rozrywce. Uśrednione dane pokazują, że poświęcamy nawet aż 1/4 naszego życia na przyjemności oferowane przez sieć.

Czyż powyższa statystyka nie daje do myślenia? Wyobraź sobie, że przez 3 miesiące w roku nie robisz nic innego niż spanie i przeglądanie Internetu. To naprawdę kawał czasu. Pytanie brzmi, czy ten czas przynosi nam korzyści czy może jednak zubaża nasze życie?

Wirtualna bańka

Gdy Internet zaczął stawać się powszechny, rozbudził ogromne nadzieje. Nagle ludzkość stała się zdolna do przekazywania sobie wiedzy i informacji w tempie i skali niemożliwej do realizacji, czy nawet wyobrażenia, kiedykolwiek wcześniej. Internet miał się stać współczesną, powszechnie dostępną Biblioteką Aleksandryjską. Miejscem, w którym jest skupiona cała wiedza, którą zgromadził przez wieki nasz gatunek. Te nadzieje rozbudziły tak bardzo ludzką wyobraźnię, że dziś już ponad połowa ludzkości ma dostęp do Internetu.

Gdy otrzymałem swój pierwszy komputer, główną argumentacją za jego kupnem było nieśmiertelne: „to dla nauki”. Komputer miał być narzędziem dostępu do wiedzy i umiejętności, których nie są w stanie dostarczyć lokalne szkoły i biblioteki. Z tą piękną ideą jest jednak pewien problem. Jest nim ludzka natura.

Jesteśmy gatunkiem, który ponad wszystko inne uwielbia zabawę. Jeśli tylko nie musimy walczyć o przetrwanie, szukamy każdej możliwej okazji do rozrywki. To dobre dla naszego mózgu, który potrzebuje regularnych dawek szczęścia. Są one dostarczane poprzez całkowicie legalny i naturalny środek dający poczucie życia na haju – dopaminę. Tylko dzięki niej większość z nas jeszcze nie oszalała w świecie pełnym rozczarowań, trudności i cierpienia.

Tylko z tego powodu ludzkość zaczęła dokonywać niezwykłej rzeczy. Nasze użyteczne wynalazki, które stworzyliśmy po to, aby ułatwić nam przetrwanie i rozwój, z czasem zaczęły być używane do innych celów niż ich pierwotne założenie. Jednym z najstarszych przykładów są narzędzia do obróbki kamienia. Początkowo służyły do produkcji broni, innych narzędzi i materiałów do budowy pierwszych domostw. Te narzędzia ułatwiły naszemu gatunkowi przetrwanie. Na tyle, że zaczęliśmy zyskiwać wolny czas, z którym nie wiadomo było co począć. Najbardziej kreatywne jednostki znalazły rozwiązanie. Użyteczne narzędzia zaczęły być wykorzystywane do tworzenia sztuki w kamieniu.

Słynna Wenus z Milo to nie tylko symbol płodności. To również egzemplifikacja faktu, iż od tysięcy lat człowiek dąży do osiągnięcia komfortu i szczęścia. Robimy to adaptując użyteczne wynalazki do celów rozrywkowych. I mamy na to całkiem mnóstwo dowodów. Umiejętność hodowli roślin na pożywienie została zaadoptowana do tworzenia pięknych ogrodów. Umiejętność udomowiania zwierząt dla pożywienia lub ochrony została przyjęta przez jednostki poszukujące komfortu w towarzystwie czworonogich przyjaciół, takich jak psy i koty. Pismo i umiejętność czytania służące utrwalaniu wiedzy i informacji, znalazło swoje zastosowanie w rozprzestrzenianiu treści rozrywkowych. Podobnie stało się z radiem i telewizją, które w większości czasu antenowego służą dziś wyłącznie rozrywce.

Tak samo stało się z Internetem. Gdy tylko się pojawił, ludzie bardzo szybko zaczęli wymyślać jak wykorzystać jego potencjał nie tylko dla rozwoju wiedzy i nauki, ale przede wszystkim do dobrej zabawy. W samym tym fakcie nie ma niczego złego. Jest jednak pewna niepokojąca sprawa z tym związana.

W przeciwieństwie do wcześniejszych wynalazków, Internet ma niezwykle silny wpływ na nasze mózgi i styl życia. Po raz pierwszy w historii ludzkości, mamy możliwość swobodnego wyboru rozrywki spośród milionów możliwości, bez potrzeby wychodzenia z domu. Natomiast jeśli już musimy wyjść z domu, w naszej kieszeni czai się smartfon, który sprawia, że mamy dostęp do zdjęć śmiesznych kotów gdziekolwiek byśmy nie poszli. A przynajmniej wszędzie tam, gdzie jest dostęp do Internetu. Rozwój tak zaawansowanej technologii nastąpił na tyle szybko, że zdążyliśmy się od niej dosłownie uzależnić, zanim w pełni nauczyliśmy się wykorzystywać jej użyteczny potencjał.

W efekcie zaczęliśmy zanurzać się w wirtualnej bańce strefy komfortu. Nasze życie zaczęło funkcjonować w dwóch wymiarach. Z jednej strony, każde z nas jest człowiekiem o określonym statusie społecznym z jasno zdefiniowanym miejscem w hierarchii. W Internecie wszyscy stali się równi. Lokalny pijaczyna ma szansę podjąć dyskusję na forum publicznym ze światowej klasy profesorem. Są jednak takie miejsca w sieci, w których tworzą się struktury pełne wirtualnego życia. Ludzie o podobnych poglądach na świat jednoczą się i zbierają w jednym miejscu, niezależnie od tego kim są i skąd pochodzą. Tworzą odrębne światy, w których żyją. Światy, do których uciekają, by uchronić się przed całym fizycznym złem tego świata. I tkwią tam – kierowani dopływem dopaminy – na haju dającym chwile wytchnienia i szczęścia.

Towarzystwa Płytkiego Umysłu

Wciąż trudno ocenić czy tego typu tendencje są jednoznacznie dobre czy złe. Na pewno nie jest trudno wskazać ich negatywnych konsekwencji. Wirtualne bańki zamykają ludzi na dostęp do różnorodnych źródeł informacji i kontrargumentacji. Wzmacniają ich przeświadczenia i poglądy. Dzięki poczuciu przynależności i wspólnoty, idee współdzielone przez takie społeczności stają się mocniejsze i trudniejsze do obalenia. Niezależnie od tego, czy poglądy te mają pokrycie w faktach, nie jest to pozytywne zjawisko. Historia ludzkości wskazuje, że przez większość naszego rozwoju błądzimy po omacku. Nawet największe umysły potrafią dochodzić do błędnych wniosków i interpretacji. Bez otwartości na kontrargumenty, taki błąd pozostaje dłużej uznawany za pewnik.

To właśnie dzieje się w Internecie. Jednoczy ludzi uznających za prawdę fałszywe idee. Płaskoziemcy, ufolodzy, antyszczepionkowcy, przeciwnicy GMO, negacjoniści globalnego ocieplenia – można wymieniać kolejne i kolejne grupy ludzi, którzy dziś, tak jak nigdy wcześniej, mogą wzmacniać i rozpowszechniać swoje nieprawdziwe twierdzenia. I to pomimo, iż ledwie kilka kliknięć w hiperłącza dzieli ich od zbioru niepodważalnych faktów. Dzięki Internetowi mogą zapoznać się z wiedzą, która kiedyś była dostępna tylko dla nielicznych. A jednak pozostają przy swoim. I pozyskują narybek wiernych naśladowców, którzy są gotowi uwierzyć w proste i komfortowe wyjaśnienie bez potrzeby zrozumienia skomplikowanych procesów. Antynauka staje się strefą komfortu dla ludzi obdarzonych niższym potencjałem intelektualnym. Dla tych ludzi Internet jest przekleństwem pozwalającym na życie w błogiej ignorancji i dzielenie jej z podobnymi sobie jednostkami.

Wszystko to jednak krzykliwa mniejszość, wobec której musimy po prostu stosować środki oparte na prawdzie i faktach. Jest jednak pewien szkopuł. Nawet jeśli nie należymy do jednego z Towarzystw Płytkiego Umysłu, wciąż mierzymy się z ekspozycją na młody wynalazek, który jest tak różny od tego co jest nam znane od tysięcy lat ewolucji, że jesteśmy wystawieni na cały szereg pokus. Zamykamy się w swoich własnych bańkach. I poświęcamy nasz cenny czas na wirtualne życie. Wielu z nas nie potrafiłoby już bez tego żyć. Staliśmy się dopaminowymi ćpunami, a źródłem tej używki są nasze komputery, tablety i smartfony.

Nasze mózgi pod wpływem internetu zaczynają się zmieniać. I to diametralnie. Można o tym poczytać szerzej w książce pt. „Płytki Umysł” Nicholasa Carr’a. To pouczająca lektura, która pokazuje co robi z nami zetknięcie z Internetem. W trakcie czytania można dojść do przygnębiających wniosków. Ma się wręcz ochotę wyrzucić smartfona za okno i wypowiedzieć umowę na Internet.

Sęk jednak w tym, że to nie nasz najnowszy wynalazek jest problemem. Internet to niesamowite dokonanie naszego gatunku. Nie jesteśmy jednak wystarczająco przygotowani na korzystanie z tego cudownego narzędzia. Pojawiło się ono w naszym życiu tak nagle i zaoferowało tak wiele rozrywki, że jego użyteczność zeszła na dalszy plan. I tracimy ćwierć czasu naszego życia na przyjemny i dość bezmyślny „scrolling”.

Wyloguj się

Gdy zdałem sobie z tego sprawę, gdy tylko dotarły do mnie niepodważalne fakty, zacząłem się poważnie zastanawiać nad swoją aktywnością w Internecie. Pierwszą rzeczą, która od razu przyszła mi do głowy, był mój tryb funkcjonowania o poranku. Nagle zdałem sobie sprawę, że poświęcam od pół godziny do godziny czasu każdego rana na przeglądanie Facebooka i Twittera. Zadałem więc sobie pytanie: czy istnieje jakakolwiek przyczyna, dla której muszę to robić?

Odpowiedź na to pytanie nie była łatwa. Odpowiadając wprost potrafiłem wymyślić mnóstwo naprawdę dobrych powodów. Postanowiłem więc, ze będę przeglądał sieć w sposób świadomy. Zacznę przeglądać tylko to, co niezbędne i tylko wtedy, gdy będzie to potrzebne. Był jednak pewien problem. Początkowo nie byłem w stanie określić, co jest dla mnie użyteczne w sieci, a co nie. Dopaminowy haj podpowiadał mi bowiem, że potrzebuję wszystkiego. Facebook i Twitter są ważne, aby być na bieżąco w interesującej mnie tematyce. YouTube, Netflix – no przecież jakoś trzeba się rozerwać, poza tym istnieje mnóstwo racjonalnych powodów, aby oglądać do bólu. Instagram – co prawda nie wrzucałem tam zdjęć, ale przeglądanie zdjęć znajomych to całkiem relaksujący czas. A przecież mam tyle stresujących sytuacji naokoło. Ostatecznie, odpowiedź przyniosło dopiero inne pytanie: jak zyskać więcej czasu?

W pracy spędzam około 200 godzin miesięcznie. Efektywnie daje to około 300 godzin wolnego czasu po odliczeniu snu. Z tych 300 godzin muszę wygospodarować czas na posiłki, sprzątanie, zakupy itp. Ostatecznie pozostaje niewiele czasu na inne aktywności. A chciałbym ich podejmować więcej niż mam dostępnego czasu. Od kilku lat to było moje największe zmartwienie. Jednakże te dwa pytania – czy muszę spędzać tak wiele czasu w sieci i jak zyskać więcej czasu – zawarły w sobie wzajemnie odpowiedź. Dlatego prawie 3 miesiące temu podjąłem decyzję, która zmieniła moje życie. I sprawiła, że zaczynam w końcu w swoim życiu dążyć tam, dokąd rzeczywiście chcę.

Na moim smartfonie nie ma już miejsca dla aplikacji, których jedynym celem jest rozrywka. Te z nich, gdzie było to technicznie możliwe, odinstalowałem, a z reszty z nich się wylogowałem. Już po pierwszym tygodniu wiedziałem dwie rzeczy – nie potrzebuję tych aplikacji i byłem od nich chorobliwie uzależniony. W ciągu ledwie 6-7 lat, czyli odkąd kupiłem pierwszego smartfona, tak bardzo uzależniłem się od przeglądania „fejsa”, że do dziś mam mimowolny odruch sięgania po telefon w chwilach nudy i monotonii. Mój mózg próbuje to na mnie wręcz wymusić. Nie udaje mu się to jednak. Wymagało to całkowitego, fizycznego pozbycia się aplikacji takich jak Facebook, Twiiter, Instagram, YouTube czy Netflix ze smartfona. Szczęśliwie przyszło mi to łatwo, gdyż we wszystkich tych aplikacjach byłem bardziej biernym obserwatorem niż aktywnym twórcą treści dla atencji i „lajków”. Dla osób przyzwyczajonych do setek reakcji znajomych na każdy post i zdjęcie, taka zmiana może być doprawdy ciężka i wręcz traumatyczna.

Nie oznacza to jednak, że porzuciłem te aplikacje całkowicie. Wciąż z nich korzystam (oprócz Instagrama). Facebooka przeglądam wyłącznie w weekendy na komputerze i staram się ograniczać czas, który tam spędzam do minimum. Na Twitterze publikuje tylko automat, gdy zamieszczam nowy wpis na tej stronie – nie zaglądam tam wcale, ponieważ nie przynosi to żadnych realnych korzyści (nie potrzebuję internetowej atencji w 240 znakach). Netflix i YouTube – również tylko na komputerze. Do spółki z postanowieniem, że bez wyraźnej potrzeby nie włączam komputera w dniach, gdy pracuję, zyskałem od 4 do 6 godzin dziennie na aktywności, które wcześniej wydawały mi się niemożliwe do podjęcia. Zacząłem wstawać o 6 rano, ćwiczyć, chodzić na spacery, jeść pełnowartościowe śniadania i czytać książki. I co interesujące, wpływa to pozytywnie nie tylko na moje zdrowie i rozwój, ale również komfort psychiczny i relacje społeczne. Okazuje się bowiem, że mózg to taki mały kombinator, który dąży do spełnienia potrzeb najprostszymi środkami. I działamy w ten sposób podświadomie, spędzając czas na ulotnych przyjemnościach, które prowadzą wprost donikąd. Tymczasem ten sam efekt można osiągnąć angażując się świadomie w bardziej efektywne czynności.

Oczywiście nie jest tak, że wszystko mi idealnie wychodzi i zmiana zaszła z dnia na dzień. Aplikacji pozbywałem się stopniowo. Nie zawsze udaje mi się podjąć zaplanowanych czynności. Jestem jednak coraz lepszy w życiu według nowego rozkładu jazdy bez przystanków typu Facebook. Nie ma tu bowiem żadnej cudownej recepty. Dla mnie aplikacyjny „log out” okazał się trafnym wyborem. Łatwo jest mi jednak sobie wyobrazić, że są ludzie, którzy potrzebują tych aplikacji, choćby zawodowo. Chodzi głównie o namierzenie źródeł rozrywki w Internecie, których można się pozbyć. Wylogować się z tych z nich, gdzie jedynym celem jest czcza przyjemność dopaminowego haju. I trzeba znaleźć wtedy dla tych rzeczy wartościowe zastępstwo. Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: co zamiast? Każdy z nas jest inny i ma różne potrzeby. Ja znajduję komfort m.in. w pisaniu. Dla Ciebie to może być dowolna inna rzecz. Najważniejsze jednak, aby niosła za sobą namacalne korzyści i efekty. W realnym świecie, a nie tylko tym wirtualnym.


Obraz na podstawie pracy Jana Vaška z Pixabay.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.