Polexit? Nie bądźmy głupi!

Zamieszanie, które wybuchło po brytyjskim referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej było dość zaskakujące. Histeryczna reakcja rynków, klasy politycznej, a także wielu zwykłych ludzi była bowiem mocno przesadzona w kontekście tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Ludzie żyjący we własnym świecie iluzji i wyobrażeń w ciągu kilku godzin wyrzucili Zjednoczone Królestwo poza mapę Europy i zaczęli wieszczyć rychły koniec nawet nie jednej unii, a dwóch – tej brytyjskiej, jak i europejskiej.

I się zaczęło! Niepodległość dla Szkocji, zjednoczenie Irlandii, aż wreszcie scenariusze upadku „eurokołchozu” po kolejnych rzekomych „exitach”.

Tymczasem cała ta histeria niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. A to choćby z tego względu, że referendum, w którym brytyjczycy wskazali na Brexit, możnaby tak naprawdę uznać co najwyżej za bardzo kosztowny sondaż. Bowiem jego wynik – uwaga! – nie jest wiążący.

Zjednoczone Królestwo nadal tkwi w Unii Europejskiej i jeszcze w niej trochę pobędzie. Może też zdarzyć się tak, że brytyjski rząd wcale nie podejmie kroków w kierunku opuszczenia UE. Ponieważ najzwyczajniej w świecie nie musi.

Pomimo dość oczywistych faktów i nadal nieoczywistej przyszłości eurospetycy nabrali wiatru w żagle i śnią mokre sny o potędze niepodległości. Ten program oderwania od unii – czy to brytyjskiej, czy europejskiej – to rojenia o suwerenności i wolności, które nie wytrzymują zderzenia z twardą rzeczywistością i programami rzekomych wyzwolicieli.

Prawda jest niewygodna, ale też dobrze skryta za fartuszkiem pięknej idei secesji. Z tym, że droga ta prowadzi na manowce.

Zacznijmy od Zjednoczonego Królestwa. Dla tego państwa, jako całości, Brexit jest korzystny. Dla Londynu Bruksela to narzędzie zła, wieża Saurona, która zagraża ich liberalnej tradycji prawnej. Unia Europejska żąda od brytyjskiego rządu pieniędzy i nakładania niewygodnych regulacji. Jest więc rakiem, którego prędzej czy później powinni się pozbyć.

Komfort, na który może sobie pozwolić Zjednoczone Królestwo nie tyczy się jednak jego poszczególnych części. Spójrzmy choćby na Szkocję. Piękny sen, podsycany emocjonalną sceną filmu „Braveheart” z Melem Gibsonem, jest tak naprawdę ułudą. Bowiem po ewentulanym przyszłym rządzie w Edynburgu można się spodziewać jedynie działań, dla których słowo wolność jest tylko przykrywką. Liberalne gwarancje udzielane przez Londyn nie zagrzeją miejsca za Wałem Hadriana. Dlaczego? Ponieważ szkockim niepodległościowcom przyświeca antyliberalny program.

Nie inaczej sprawa ma się z ewentualnym Polexitem. Nad Wisłą nie brakuje euroscpetyków, którzy uważają, że Bruksela to największe zło i kara jakie mogły spotkać Polskę. Unia jest winna regulowania i ograniczania naszej wolności. Nie powinniśmy działać pod dyktando Brukseli, lecz własne – warszawskie.

Rzeczywistość jednak wskazuje, że większym zagrożeniem dla Polaków jest ich własny rząd. Jest oczywiście prawdą, że Unia wprowadza wiele szkodliwych regulacji, lecz gdy przyjrzymy się polskiemu prawu i kolejnym polskim regulacjom, to wyraźnie widać, kto bardziej depcze naszą wolność. A są to kolejne – bez wyjątku! – polskie rządy.

Przecież to nie Unia wprowadziła tymczasowo stałą podwyżkę VAT. To nie Unia wymyśliła 500 plus i Mieszkanie plus. To nie brukselscy biurokraci wpadli na ograniczenia prawa do zgromadzeń publicznych. Brukselscy biurokraci nie nakazali nam również nacjonalizowania ziemi rolnej, banków, ani nawet wprowadzania ustawy antyterrorystycznej. Te i wiele innych antyliberalnych pomysłów powstało u nas, w Warszawie.

Oczywiście można się oburzać, że Bruksela zakazuje sprzedaży nielicencjonowanych oscypków czy też produkcji wysoce niewydajnych żarówek. Należy jednak zauważyć, że wiele tak zwanych regulacji unijnych to ledwie rekomendacje. Rekomendacje, które kolejne poskie rządy gorliwie aplikują do polskiego systemu prawnego. Choć tak naprawdę, wcale nie muszą. Bardzo często, gdy słyszymy slogan, że „musimy się dostosować do unijnych przepisów”, politycy maja na myśli ślepe dostosowanie się do wszystkiego, co napiszą w Brukseli, nawet jeśli nie jest to obowiązkowe.

Gdyby tylko polski rząd przyjął wobec swojej przynależności w Unii tak zwaną opcję zero, moglibyśmy cieszyć się sporo większym zakresem wolności, niż ten gwarantowany przez Warszawę. Bo choć Unia jest tworem szkodliwym, to jak wytłumaczyć fakt, iż wiele jej członków dysponuje bardziej liberalnym prawem niż polskie? Czyżby stawiali się Brukseli?

Otóż regulacje unijne, jak i wielu członków Wspólnoty, nadal są bardziej liberalne niż te, które nieustannie forsują polskie rządy. Dlatego też Polexit jest w naszej sytuacji pomysłem złym, gdyż paradoksalnie Bruksela gwarantuje nam wiele wolności, które polscy politycy z chęcią by nam odebrali. Swobodny przepływ ludzi i kapitału to sztandarowy przykład – jedyny aspekt, który uwielbiają w Unii eurosceptycy naiwnie wierzący, że bez Brukseli polski rząd nagle zmieni kurs ku wolności.

Autor: Łukasz Frontczak
Licencja tekstu: cc-by 3.0
Licencja zdjecia: cc0/pixabay

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s