Polexit? Nie bądźmy głupi!

Zamieszanie, które wybuchło po brytyjskim referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej było ogromne. Ludzie żyjący we własnym świecie iluzji i wyobrażeń w ciągu kilku godzin wyrzucili Zjednoczone Królestwo poza mapę Europy i zaczęli wieszczyć rychły koniec nawet nie jednej unii, a dwóch – tej brytyjskiej, jak i europejskiej.

I się zaczęło! Niepodległość dla Szkocji, zjednoczenie Irlandii, aż wreszcie scenariusze upadku „eurokołchozu” po kolejnych rzekomych „exitach”.

Pomimo dość oczywistych faktów i nadal nieoczywistej przyszłości, eurospetycy nabrali wiatru w żagle i śnią mokre sny o potędze niepodległości. Ten program oderwania od unii – czy to brytyjskiej, czy europejskiej – to rojenia o suwerenności i wolności, które nie wytrzymują zderzenia z twardą rzeczywistością i programami rzekomych wyzwolicieli.

Prawda jest niewygodna, ale też dobrze skryta za fartuszkiem pięknej idei secesji. Z tym, że droga ta prowadzi na manowce.

Zacznijmy od Zjednoczonego Królestwa. Dla tego państwa, jako całości, Brexit może być częściowo korzystny. Dla Londynu brukselska legislacja zagraża ich liberalnej tradycji prawnej. Unia Europejska żąda od brytyjskiego rządu pieniędzy i nakładania niewygodnych regulacji. Stąd przekonanie, że jest to rak, którego prędzej czy później powinni się pozbyć.

O ile można tak powiedzieć o Zjednoczonym Królestwie, nie dotyczy to jednak jego poszczególnych części. Spójrzmy choćby na Szkocję. Piękny sen, podsycany emocjonalną sceną filmu „Braveheart” z Melem Gibsonem, jest tak naprawdę ułudą. Bowiem po ewentualnym przyszłym rządzie w Edynburgu można się spodziewać jedynie działań, dla których słowo wolność jest tylko przykrywką. Liberalne gwarancje udzielane przez Londyn nie zagrzeją miejsca za Wałem Hadriana. Dlaczego? Ponieważ szkockim niepodległościowcom przyświeca antyliberalny program.

Nie inaczej sprawa ma się z ewentualnym Polexitem. Nad Wisłą nie brakuje euroscpetyków, którzy uważają, że Bruksela to największe zło i kara jakie mogły spotkać Polskę. Unia jest winna regulowania i ograniczania naszej wolności. Nie powinniśmy działać pod dyktando Brukseli, lecz własne – warszawskie.

Rzeczywistość jednak wskazuje, że większym zagrożeniem dla Polaków jest ich własny rząd. Jest oczywiście prawdą, że Unia wprowadza wiele szkodliwych regulacji, lecz gdy przyjrzymy się polskiemu prawu i kolejnym polskim regulacjom, to wyraźnie widać, kto bardziej depcze naszą wolność. A są to kolejne – bez wyjątku! – polskie rządy.

Przecież to nie Unia wprowadziła tymczasowo stałą podwyżkę VAT. To nie Unia wymyśliła 500 plus i Mieszkanie plus. To nie brukselscy biurokraci wpadli na ograniczenia prawa do zgromadzeń publicznych. Brukselscy biurokraci nie nakazali nam również nacjonalizowania ziemi rolnej, banków, ani nawet wprowadzania ustawy antyterrorystycznej. Te i wiele innych antyliberalnych pomysłów powstało u nas, w Warszawie.

Oczywiście można się oburzać, że Bruksela zakazuje sprzedaży nielicencjonowanych oscypków czy też produkcji wysoce niewydajnych żarówek. Należy jednak zauważyć, że wiele tak zwanych regulacji unijnych to ledwie rekomendacje. Rekomendacje, które kolejne polskie rządy gorliwie aplikują do polskiego systemu prawnego. Choć tak naprawdę, wcale nie muszą. Bardzo często, gdy słyszymy slogan, że „musimy się dostosować do unijnych przepisów”, politycy mają na myśli ślepe dostosowywanie się do wszystkiego, co napiszą w Brukseli, nawet jeśli nie jest to obowiązkowe.

Gdyby tylko polski rząd przyjął wobec swojej przynależności w Unii tak zwaną opcję zero, moglibyśmy cieszyć się sporo większym zakresem wolności, niż ten gwarantowany przez Warszawę. Jeśli bowiem Unia jest tworem szkodliwym, to jak wytłumaczyć fakt, iż wiele zrzeszonych w niej państw członkowskich dysponuje bardziej liberalnym prawem niż polskie? Czyżby stawiali się Brukseli?

Otóż regulacje unijne, jak i wielu członków Wspólnoty, nadal są bardziej liberalne niż te, które nieustannie forsują polskie rządy. Dlatego też Polexit jest w naszej sytuacji pomysłem złym, gdyż paradoksalnie Bruksela gwarantuje nam wiele wolności, które polscy politycy z chęcią by nam odebrali. Swobodny przepływ ludzi i kapitału to sztandarowy przykład – jedyny aspekt, który uwielbiają w integracji europejskiej eurosceptycy naiwnie wierzący, że bez Brukseli polski rząd nagle zmieni kurs ku wolności.


Tekst edytowałem w dniu 1 maja 2020 roku pod kątem korektorskim oraz usunięcia dezinformacji, na którą dałem się nabrać na bieżąco w 2016 roku tuż po referendum brexitowym. Niestety kazus Brexitu stanowi dziś modelowy przykład wojny informacyjnej, której celem – w tym przypadku – była destabilizacja europejskiej polityki.