Czy istnieje tylko jedna droga do wyzwolenia?

Przeczytałem właśnie bardzo interesujący felieton autorstwa Wiktora Gonczaronka pod tytułem „Droga do wyzwolenia”. Autor rozpoczyna swój tekst od kilku ciekawych pytań, a mianowicie:

„Czy libertarianinowi wolno absolutnie wszystko, o ile nie narusza on wolności innych osób? Czy fakt sprzeciwiania się inicjowania agresji przeciwko innym implikuje przyzwolenie na każde nieagresywne zachowanie? Czy może jest granica, której nie powinno się z tego czy z innego powodu przekraczać?”

Odpowiedź na dwa pierwsze pytania musi brzmieć „tak”, jeśli libertarianie chcą być konsekwentni w swoich poglądach. Właściwie nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości. Natomiast jeśli weźmiemy na warsztat trzecie pytanie musimy wpierw się zastanowić, czy odpowiedź na nie mieści się w spektrum rozważań nad samym libertarianizmem.

Nim jednak rozstrzygniemy tę wątpliwość zagłębmy się w lekturę tekstu W. Gonaczaronka i jego zasadnicze przesłanie. Jest nim krytyka postaw  ludzi, którym libertarianizm służy do usprawiedliwienia swojego stylu życia opartego na buncie wobec wszelkich autorytetów i tradycji. I jest to krytyka słuszna, gdyż libertarianizm w żaden sposób nie implikuje jakiejkolwiek postawy życiowej  (czy to wyzwolonej, hedonistycznej czy też konserwatywnej, zgodnej z tradycjami) poza powstrzymaniem się od inicjowania jakiejkolwiek agresji względem innych jednostek. Tym samym rozstrzygamy naszą wątpliwość. Libertarianizm sam w sobie nie stawia jednostkom żadnych dalszych granic. Libertarianin może być zarówno hulaką, jak i człowiekiem z żelaznymi zasadami. Indywidualną sprawą każdej jednostki jest to jaki tryb życia prowadzi.

Nie oznacza to jednak, że postawa ludzi rozwiązłych bądź też hołdujących tradycji ascetów nie może spotkać się z krytyką ze strony wolnościowego społeczeństwa. Kwestie te jednak wykraczają poza ramy libertarianizmu. Są kwestią indywidualnej oceny moralnej, która może przyjmować absolutnie różne kształty. Nie jest bowiem tak, że libertarianizm określa jakąś absolutną moralność, którą powinny kierować się jednostki. Choć bez wątpienia większość ludzi przyzna, że powstrzymywanie się od agresji jest wysoce moralne, to wcale to nie oznacza, że aksjomat nieagresji jest wyznacznikiem moralnego postępowania. Jest on bowiem niczym więcej jak tylko konsekwencją przyrodzonych człowiekowi praw własności, które biorą swoje źródło z samoposiadania. To co jest podstawą libertarianizmu to nie moralność, lecz własność.

W swoim felietonie Wiktor Gonczaronek zastanawia się:

„Każdy libertarianin zgodzi się ze stwierdzeniem, że państwo jest instytucją z natury szkodliwą i która powinna zostać zniesiona albo przynajmniej mocno ograniczona. Jednakże poza tymi ogólnymi punktami istnieją znaczne rozbieżności zarówno jeśli chodzi o koncepcję tego jaką finalną formę miałoby przybrać libertariańskie społeczeństwo, jak i tego, jaką drogę należałoby obrać, aby ograniczyć etatystyczne dążenia.”

Rozważanie nad „koncepcją finalnej formy libertariańskiego społeczeństwa” może brzmieć nieco niepokojąco, jednakże wątpliwe, aby autor miał na myśli jakąś odgórnie narzuconą koncepcję libertariańskiego planisty. Są to raczej nieco filzoficzne rozważania nad kształtem przyszłego, wolnego społeczeństwa. Jednakże, są to tak naprawdę rozważania jałowe i w pułapkę tę wpada wielu orędowników wolności, w tym nawet tak wybitni autorzy, jak wspomniany w następnych akapitach tekstu Gonczaronka, Hans-Hermann Hoppe. Jedyne bowiem co można z całą pewnością powiedzieć o „finalnej formie libertariańskiego społeczeństwa” to, że nie wiemy jaka ona będzie, gdyż nie wiemy nawet kiedy – i czy w ogóle – takie społeczeństwo nastanie. Natomiast pytanie o „drogę, którą należałoby obrać, aby ograniczyć etatystyczne dążenia” jest jak najbardziej trafne. Jest to problem nad którym libertarianie powinni pilnie się głowić. Jednakże jak się to odnosi do kwestii wolnościowej moralności? Tutaj autor pozostawia nas bez jednoznacznej odpowiedzi.

To, co dalej wyziera się z felietonu Wiktora Gonaczaronka, to skądinąd słuszne spostrzeżenie, że należy zastąpić nieefektywne instytucje państwowe, dobrowolnymi insytucjami społecznymi. Wszystko w tym rozumowaniu byłoby doskonałe, gdyby nie nagła wolta w kierunku instytucji kierujących się tradycyjną moralnością. Autor odrzuca możliwość, że osoby hołdujące hedonistycznym postawom mogą funkcjonować w wolnym społeczeństwie. Jego zdaniem, społeczeństwo takie musi opierać się na odpowiedzialności jego członków, a w przypadku np. poliamorystów jest to po prostu niemożliwe, na co dostarcza nam dowodów anegdotycznych.

Zatrzymajmy się jednak przez chwilę nad odpowiedzialnością właśnie. Cóż to oznacza? Oznacza to ni mniej ni więcej, że każda osoba ponosi konsekwencje swoich czynów. Czyny te mogą być z moralnego punktu  widzenia zarówno dobre, jak i złe. Amortyzacja konsekwencji tych czynów – w tym także autodestruktywnych, nad którymi Wiktor Gonczaronek pochyla się szczególnie – leży w wolnym społeczeństwie w gestii dobrowolnie uformowanych społeczności i stowarzyszeń. Autor niepokoi się, że wobec nieodpowiednich postaw takie instytucje społeczne mogą się nie wytworzyć. Głównie martwi się on o instytucje rodziny i lokalnych społeczności, które są głęboko zakorzenione w ludzkiej tradycji.

Trudno odpowiedzieć za autora, dlaczego zakłada, że akurat tradycyjne instytucje społeczne są najodpowiedniejsze dla wolnego społeczeństwa. Jedynym powodem wydaje się być po prostu tradycja jako coś, co zostało wypracowane przez pokolenia i wciąż jest utrzymywane; bezpieczny, konserwatywny gwarant wolności. Tymczasem, jeśli mielibyśmy sięgać po wspomniane wcześniej dowody anegdotyczne, niekoniecznie musi być tak, że tradycyjne instytucje społeczne cokolwiek gwarantują. Nie zawsze bowiem można liczyć na wsparcie rodziny czy lokalnej społeczności.

W zastępstwie W. Gonczaronka zreplikuję te rozważania jego własnym fragmentem felietonu:

„Nawet jeśli ktoś przemyślał sprawę i stwierdził, że jest mu nie po drodze z tradycją, to musi rozważyć w jaki sposób chce zapewnić stabilność społeczeństwa.”

Odpowiem następująco. Stabilność społeczeństwa zagwarantują dobrowolne instytucje społeczne. Zarówno te tradycyjne, jak i nietradycyjne. Instytucje – niezależnie od prezentowanej przez ich członków moralności – bezwzględnie popierające prawa własności przysługujące jednostkom. To czego orędownik wolności musi się obawiać to nie hedonistyczna moralność członków wolnego społeczeństwa i wyrzeczenie się przez nich tradycji, lecz zamach na ludzką własność ze strony tych, którzy chcieliby za pomocą agresji i pod przymusem bawić się w naprawiaczy moralności mieszkańców tego świata.

Tutaj pozostaje ostatnia wątpliwość Wiktora Gonczaronka, nad którą się pochylimy. Wspomniani naprawiacze mogą uzyskać argument za zastosowaniem przymusu w sytuacji, gdy zabraknie dobrowolnych, tradycyjnych instytucji społecznych, które zatroszczą się o tych członków społeczeństwa, których przerosły konsekwencje ich własnych czynów. Zmartwienie to jest jednak nonsensowne, ponieważ działalność tego typu instytucji wcale nie musi mieć czegokolwiek wspólnego z tradycją. Jeśli natomiast rzeczywiście takich instytucji by miało zabraknąć – obojętnie, tradycyjnych czy nie – to musielibyśmy przyznać, że wolne społeczeństwo oparte na prawach własności jest po prostu z góry skazane na porażkę, jeśli naprawdę do jego funkcjonowania jest konieczne ustalanie dalszych granic postępowania, które nie wynikają z samej natury własności. Trzeba by też z góry uznać, że różnorodność wśród ludzkich jednostek nie zaistnieje i można się spodziewać, że powstanie kiedyś społeczeństwo statyczne pod względem wyznawanych zasad moralnych, co jak dotąd – choćby z racji natury ludzkiej – nie miało jeszcze w historii miejsca.

Wątpliwe jednak, aby Wiktor Gonczaronek miał na myśli tak pesymistyczną wizję przyszłej libertariańskiej społeczności. Cała argumentacja autora opiera się na zaufaniu do postaw i moralności tradycyjnych, które jemu właśnie wydają się najodpowiedniejsze dla zagwarantowania wolności. I nie przeczę, że mogą być odpowiednie, choć osobiście przyznam, że ja mam do nich ograniczone zaufanie i dostrzegam z radością tworzenie się zalążków zupełnie nowych instytucji społecznych – bardziej globalnych i, nazwijmy to, wyspecjalizowanych. Jednakże to już temat na inne rozważania.

Pozostaje odpowiedź na tytułowe pytanie. Czy istnieje tylko jedna droga do wyzwolenia? Odpowiedź – dla dobra jakim jest zapewnienie bezprecedensowego w historii ludzkości zakresu wolności dla wszystkich – musi brzmieć: nie. Droga do wyzwolenia może być tak różna, jak różne są pomysły i postawy ludzi uznających za słuszne przestrzeganie praw własności. Nic bowiem nie może lepiej przysłużyć się wypracowaniu libertariańskiej strategii niż kreatywna konkurencja na wolnym rynku pomysłów, które mogą się „sprzedawać” i realizować obok siebie, trafiając w gusta różnych „klientów”, niczym jogurty konkurencyjnych mleczarni na sklepowej półce.

Licencja tekstu: cc-by-3.0

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s