O konwentyklach i demokracji

W Internetach szok i niedowierzanie. Krul już nie jest krulem, a mnie jako lingwistę najbardziej zaciekawiło słowo miesiąca. ‚Konwentykl’.

Szybkie spojrzenie do zasobów SJP PWN pozwoliło mi stwierdzić, iż w rzeczonym słowniku słowo takie nie występuje. Występuje za to „konwentykiel”. Można więc mniemać, że konwentykl to pewnego rodzaju unowocześniona forma tego słowa, zważywszy iż „konwentykl” ma minimalnie więcej wskazań w NKJP (Narodowy Korpus Języka Polskiego – polecam). Zarówno w korpusie, jak i innych mniej wiarygodnych źródłach internetowych, istnieją poszlaki na związek tych dwóch słów. Aby więc wyjaśnić, czym jest konwentykl, zaglądamy do hasła „konwentykiel”. Oto rezultat:

1. poufne, tajemne zebranie organizacji, stowarzyszenia itp.;
2. dawniej: zebranie sekty religijnej.

Moje pytanie brzmi. Na jakiej zasadzie twórcy statutu KNP wybrali „konwentykl” na nazwę organu partyjnego? To była losowość (ponieważ już brakło skomplikowanie brzmiących nazw dla organów) czy celowość? Jeśli celowość, to jedyne co mi przychodzi do głowy jako poufne i tajemne ciało partyjne, to coś w rodzaju gabinetu cieni, tylko na wspak i z realnymi uprawnieniami. Alternatywny „zarząd”, który czuwa i może nawet wymienić kru… prezesa. Tak właśnie zadziałał w rzeczywistości konwentykl.

I tu przechodzimy z lingwistyki do polityki. Mianowicie, nazewnictwo zdaje się potwierdzać charakter działań konwentyklu, które dziś mogliśmy zaobserwować. Po prostu się zebrali i ku zaskoczeniu wszystkich zrzucili JKM z tronu. Istnienie takiego ciała jak konwentykl i praktyczne efekty jego działalności wskazują, że Janusz Korwin-Mikke nie stał się ofiarą prawnego wymogu demokratycznego zarządzania partią, na co niektórzy już wskazują jako potwierdzenie tezy, iż demokracja jest zła.

Oczywiście, konwentykl podjął decyzję poprzez głosowanie, więc mogłoby się zdawać, że to demokracja. Jednakże należy tutaj rozróżnić dwa zjawiska – demokrację wewnątrzpartyjną i głosowanie członków organu statutowego partii. Śmiem twierdzić, iż te ostatnie nie ma nic wspólnego z demokracją samą w sobie.

Zajrzyjmy znów do słownika. Demokracja to „ustrój polityczny, w którym o sprawach państwa większością głosów decydują wszyscy obywatele”. Partia to, rzecz jasna, nie państwo, jednak możemy demokracje wewnątrzpartyjną określić za pomocą zastąpienia słów ‚państwo’ i ‚obywatele’ na, odpowiednio, ‚partia’ i ‚członkowie’.

Biorąc powyższe pod uwagę, musimy stwierdzić, że działalność konwentyklu nie ma nic wspólnego z demokracją per se. O odwołaniu prezesa nie zdecydowali wszyscy członkowie, tylko ich część należąca do konwentyklu, tzw. członkowie-sygnatariusze. A więc de facto sama „stara gwardia” KNP.

Prawdopodobnie Korwin poprzez akceptację dla takiego tworu jak konwentykl, chciał uchronić swoją pozycję przed tak niepożądanymi przez niego efektami demokracji. Być może obawiał się, że wraz z rozwojem partii, gdy będzie do niej przystępować coraz więcej nowych, spragnionych sukcesów politycznych, młodych twarzy, demokratyczne decyzje ogółu członków mogą się stać dla niego niebezpieczne. I tutaj Korwin wpadł w pułapkę swoich demokratycznych fobii.

Otóż, zadanie powoływania Prezesa zostało przydzielone ciału quasi-demokratycznemu – ustanowionego nienaruszalnym cenzusem stażu. Ogromna władza została skupiona w rękach nielicznych. I tak, Korwin znalazł się w sytuacji, w której o jego losie jako prezesa zdecydowało stadko starych wilków, które otoczyły go jak bezbronną owieczkę. Podczas gdy w ogólności, Korwin posiada poparcie młodych wilków, których jest już znacznie więcej niż starych i są sporo silniejsze co pokazał zeszłoroczny konwent, gdy stare wilki wypadły z zarządu KNP.

Paradoksalnie więc, to elitarny konwentykl okazał się dla Korwina niebezpieczny, podczas gdy prawdziwa demokracja by działała na jego korzyść. Przez całe lata JKM nie nauczył się o demokracji najważniejszej lekcji. Jeśli tylko uda ci się przekonać większość obywateli państwa/członków partii do swojej wizji i osoby, to zawsze wygrasz. I taka zależność ma miejsce w KNP. Korwin jest liderem, który jest uwielbiany przez większość członków Kongresu. Pomimo jednak całej świadomości na temat siły i pozycji jaką ma wśród nich, nie zdecydował się im zaufać. Nie zaufał znienawidzonej przez siebie demokratycznej większości, która jako jedyna mogła mu zapewnić dzisiaj wystarczające poparcie.

A jeśli by tego poparcia nie otrzymał? To by znaczyło jedynie, że Korwin nie jest już KNP potrzebny, a może i nawet jest balastem. W takiej sytuacji demokracja to najlepszy barometr polityczny. Jeśliby Korwin nie miał zaufania u członków własnej partii, to jak mógłby zdobyć zaufanie wyborców w całym kraju?

JKM zawsze jednak lekceważył te istotne cechy demokracji, powołując się na wadliwy logicznie przykład dwóch meneli spod budki z piwem, którzy mają więcej głosów niż profesor. Anegdotka ta ma świadczyć o tym, że ludzi głupich jest więcej niż mądrych, a to oznacza, że w demokracji będą podejmowane tylko głupie decyzje. Korwin przy tym zupełnie nie rozumie, iż tych dwóch meneli – jeśli tylko mają niepoprawne poglądy – można, a wręcz trzeba w demokracji, przekonać. Na tym właśnie polega ta gra. JKM zakłada również milcząco, że menele, skoro są głupi, muszą mieć niepoprawne poglądy. A tymczasem rzeczywistość jest na tyle skomplikowana, że to profesor może okazać się tym, który ma złe poglądy, będąc np. komunistą.

Cały ten lingwistyczno-polityczny wywód zakończę krótką wzmianką na temat samej demokracji. Spójrzmy jak bardzo zdewaluowało się znaczenie tego słowa. W żaden sposób nie da się stwierdzić, że III RP jest zarządzana czysto demokratycznie. System „demokracji przedstawicielskiej” nie ma nic wspólnego ze swym pierwszym członem. Wystarczy zadać sobie pytanie kiedy ostatnio wszyscy obywatele mogli podjąć jakąś wiążącą decyzję polityczną poza wyborem władz? Dlatego uparcie twierdziłem i twierdzić będę, że „demokracja”, taką jaką ją znamy z polskiego podwórka, nie jest prawdziwa. Jest to zwykłe wypaczenie, które ma sprawiać pozory, iż jako obywatele mamy jakąkolwiek władzę.

Najgorsze, że z tego wypaczonego systemu biorą się antydemokratyczne poglądy u takich tuzów intelektu jak Korwin, czy choćby wspaniały libertarianin Hans-Hermann Hoppe. Obawiają się oni demokracji i krytykują ją jedynie na podstawie obserwacji marnej w efektach podróbki. Unioposeł Janusz Korwin-Mikke ma dziś szansę wreszcie to zrozumieć. Nie może tylko dać sobie wmówić, że utrata prezesury to efekt demokratyzmu w partii. Ponieważ, jak przedstawiłem powyżej, nie jest to prawdą. Demokratyzmu wręcz zabrakło.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “O konwentyklach i demokracji

  1. Myślałam, że już nigdy tego pięknego słowa konwektykl nie usłyszę, a tu proszę 😉
    To nie jest słowo wymyślone w KNP. Nie, nie, nie. Obecne jest w piwiarnianej polityce już ponad dwie dekady.
    Jako była korwinistka, należałam swego czasu do UPR. Już wtedy istniał Konwektykl, oficjalnie wymieniony w statucie partii. Po odejściu JKM postulowano zmianę tej formy na słownikowo poprawną, ale skoro Ojcowie Założyciele tak postanowili… a tu proszę jaka miła niespodzianka 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s